(artykuł ukazał się w Dzienniku Polskim 15 listopada 2008)
Tym, kim dla polskiego boksu był Papa Stamm, dla lekkoatletyki – Jan Mulak, a dla piłki nożnej – Kazimierz Górski, tym dla naszych kajaków jawił się Antonii Kurcz.
Przed dwoma laty przeszedł pomyślnie operację nerek. Po odzyskaniu fizycznej i psychicznej równowagi, uległ sugestiom lekarzy, że warto pójść za ciosem, że nie zaszkodzi wszczepienie bajpasów. Zabieg nie był koniecznością chwili. Medycy zapewniali jednak, iż nie ma co czekać, że jeśli nie teraz, to kiedy, że poczuje się jeszcze lepiej. Rodzina, przyjaciele, odradzali. On jednak się zdecydował,a co raz sobie postanowił, nabierało mocy prawnej. Próby odremontowania strudzonego serca podjęli się wybitni fachowcy z Kliniki Kardiochirurgii w Katowicach – Ochojcu. Wszystko wskazywało na to, że ich wysiłki przyniosły spodziewany skutek. Przez tydzień pozostawał w szpitalu, nabierając sił do nowego, zdawało się, życia. Po powrocie do domu, bliskim trudno było uwierzyć, że to ten sam człowiek. Nabrał wigoru, energii, emanował radością, tryskał humorem. Po siedmiu dniach nastąpił ten ósmy – tragiczny. Zasłabł nagle, nie zdradzając wcześniej żadnych oznak nadciągającego kryzysu. Po przewiezieniu do krynickiego szpitala stracił przytomność. Nie odzyskał jej przez 3 tygodnie. Serce przestało pracować 6 listopada. Tak odszedł Antoni Kurcz, dla przyjaciół Tolek, najwybitniejszy trener w historii polskiego kajakarstwa górskiego.
Szczytowe osiągnięcia krajowego rozdziału w karierze szkoleniowca w tej jak gdyby stworzonej dla sądeczan dyscyplinie sportu przypadało na rok 1972, na Igrzyska Olimpijskie w Monachium. Pojechało na nie dziesięcioro podopiecznych zaledwie 35-letniego wówczas trenera. Dziewięć osób – Kunegunda Godawska, Wojciech Gawroński, Jerzy Jeż, Jerzy Stanuch, Wojciech Kudlik, Jan Frączek, Ryszard Seruga, Maciej Rychta i Zbigniew Leśniak – wywodziło się z nowosądeckich klubów Dunajca i Startu a ekipę uzupełniała Maria Ćwiertniewicz, jedynaczka z Pienin Szczawnica. Czwarte miejsce Marysi, piąte Kingi oraz wysokie lokaty dwójek były w połowie zasługą zawodników, w połowie ich trenera – przekonuje Kazimierz Kuropeska, współpracownik Antoniego Kurcza w kadrze narodowej.
Później Wychowankowie Kurcza wielokrotnie potwierdzali na różnych arenach znakomite przygotowanie do rywalizacji z najlepszymi, sięgając po medale mistrzostw świata, a Wojciech Gawroński, szanowany dzisiaj doktor, specjalista medycyny sportowej, zajął nawet w szwajcarskim Muota trzecie miejsce na globie w najbardziej prestiżowej konkurencji kajakarskich jedynek.
-Takich trenerów dzisiaj po prostu już nie ma – mówi Gawroński- Potrafił stworzyć wizję, pozornie nie osiągalną, którą umiał niemal błyskawicznie zrealizować. Proszę sobie wyobrazić, że od naszych treningów, do olimpiady w Monachium upłynęły zaledwie trzy lata. Przez tak krótki okres nauczył nas, na czym polega kajakarstwo górskie.I jeszcze jedna szalenie istotna sprawa. Dbał nie tylko o wynik sportowy, ale i kształtowanie naszych charakterów. Każdy z tej olimpijskiej dziesiątki coś w życiu osiągnął.
Spośród podopiecznych Antoniego Kurcza największych zaszczytów dostąpił Ryszard Seruga. Od kilku lat sprawuje godność prezesa Polskiego Związku Kajakowego.
Nie mogę pogodzić się z myślą, że nie ma go wśród żywych. Bezkompromisowość – oto słowo, które oddaje najlepiej jego charakter. Ileż ja się na niego nawściekałem…….Bo też potrafił być wobec nas, nastoletnich smarkaczy, niemile złośliwy. Dyscyplinę trzymał jak u skautów. Trenowałem z nim od 1968 roku i nie zapomnę spartańskich warunków, w jakich przychodziło nam spędzać obozy. Sami budowaliśmy tory, spaliśmy w namiotach, koszulki prali w Dunajcu i Popradzie. Miał jednak w tej surowości swój cel. Postanowił uczynić z nas mistrzów, przygotowując jednocześnie do dorosłego życia. I my mu uwierzyliśmy. Efekt był taki, że wkrótce sięgnęliśmy po medale mistrzostw świata, a dzisiaj nie ma wśród nas egzystencjalnych rozbitków. Jakże dzisiaj za te złośliwości jestem mu wdzięczny.
W 1974 roku dał się namówić Austriakom i przyjął propozycję prowadzenia ich kadry kajakarskich górali. Efekty pracy Kurcza przerosły oczekiwania rodaków Mozarta i Laudy.
W krótkim czasie dochował się m.in. mistrzów świata braci Wolhartów. Kiedy po osiemnastu latach powracał do kraju – do Krynicy – Słotwin, gdzie się osiedlił, żegnano go z nieskrywanym żalem.
W roku 1995 wraz z m.in. Bogusławem Popielą współtworzył Kurcz Nowosądeckie Centrum Szkoleniowe Kajakarstwa Górskiego “Sydney 2005″. To właśnie ta inicjatywa zrodziła kilka wodniackich talentów. Jednym z nich jest Dariusz Popiela, ósmy “jedynkarz” niedawnych Igrzysk Olimpijskich w Pekinie.
Śmierć Pana Antoniego była dla mnie szokiem – przyznaje kajakarz. – Tak przecież nie dawno telefonowałem do niego, zapraszałem na mój ślub. Wydawał mi się być w świetnej formie. Dowcipkował, wspominał dawne czasy. Jako zaszczyt poczytywałem sobie możliwość trenowania pod jego ręką. Zrobił ze mnie zawodnika, przez jakiś czas kierował moim życiem. Z czystym sumieniem powiedzieć mogę, że podczas dwuletniego pobytu z nim w Austrii zastępował mi ojca. Wraz z odejściem Pana Antka odeszła cząstka mojej osoby.
-Tym, kim dla polskiego boksu był Papa Stamm, dla lekkoatletyki – Jan Mulak, a dla piłki nożnej – Kazimierz Górski, tym dla naszych kajaków jawił się Antonii Kurcz – uzupełnia wypowiedź syna Bogusław Popiela.
Oddajemy na koniec głos synowi Antoniego Kurcza, Jakubowi Kurczowi.
Ja tego nie mogę pamiętać, ale z opowiadań mamy i znajomych wiem, że w młodości tata pasjonował się sportem pod każda postacią. Grał w piłkę nożną w Sandecji, biegał na nartach, pływał na kajakach, a jego idolem był w tamtych latach słynny kurier Roman Stramka. Można go było lubić lub nie, ale na pewno nie przeszło się obok taty obojętnie. Miał po prostu klasę. Nigdy nie marzył o robieniu wielkich pieniędzy, ale zawsze je miał. I natychmiast wydawał. Jeśli czegoś komuś zazdrościł, to wyłącznie sprawności fizycznej, nigdy – samochodu czy innego dobra materialnego. Tata był w każdym calu perfekcjonistą. Nie na pokaz, ale dla siebie. I nie ważne czy chodziło o zmycie naczyń, czy o przygotowania startu w mistrzostwach świata. Wszystko musiało być zawsze tip top. Do końca zachował naturę młodego człowieka – przebywając z nim nie czułem się, że jestem z kimś starszym.
Jakub Kurcz wskazuje na jeszcze jedną przypadłość taty: nigdy na nikogo ani na nic się nie skarżył.
Nawet w najbardziej dramatycznym momencie, gdy zdawał sobie sprawę, że wisi nad nim miecz Damoklesa, nie tracił pogody ducha. Zapewniał nas, że nie jest źle, że wszystko się jakoś ułoży. W ostatnim dniu zachowanej świadomości mówił, że personel w krynickim szpitalu jest znakomity, że wkrótce wróci do domu. Godzinę później zapadł w śpiączkę. Trwał w niej trzy tygodnie. Przytomności już nie odzyskał. Ale jestem przekonany, że się nie poddał. To tylko jego zbuntowane serce odmówiło posłuszeństwa.